Pamiętam dobrze dzień, gdy po ponad piętnastu latach doświadczenia w branży reklamowej i zarządzania kilkudziesięcioosobowym zespołem agencji, stanęłam na progu kancelarii prawnej, aby rozpocząć praktykę aplikantki radcowskiej.
Och ileż bym dała w ten pochmurny poniedziałek, aby móc zniknąć za drzwiami swojego gabinetu, dostać filiżankę kawy i niespiesznie zanurzyć się w otchłani cudownie znajomych zadań i decyzji.
„Dasz radę” mówił rozum, „skończyłaś prawo” podpowiadał rozsądek. Z tyłu głowy narastająco sączył się jednak szept „Wracaj. Zajmij się tym, co potrafisz. Po co ci to?” Pamiętam, jak po powrocie do domu powiedziałam, że dzisiaj dopiero zrozumiałam, jak przerażający jest pierwszy dzień w nowej pracy i że nie sądzę, abym była w stanie unieść ten ogrom „nowego” przy niezmienionym poziomie „starego”.
Och „stare”! – miękkie, znajome, rozkosznie łatwe i przewidywalne. Jakże delektowałam się następnym dniem w agencji. W kolejnym tygodniu stawiłam się jednak w kancelarii. I tak przez trzy lata. Byłam najniższym stażem prawnikiem, nieustannie prosiłam o pomoc, konsultowałam wszystko, zaczynałam od najprostszych zadań. Krok po kroku. Polubiłam tę swoją dwoistość ról zawodowych, doceniłam przenikające się doświadczenia, przytuliłam przewagę biznesową. Jednym słowem, jak to mówią ładnie po angielsku, objęłam niepewność.
Każda z nas dobrze zna to uczucie. Te sytuacje, gdy musisz rozmawiać po angielsku przez telefon, podczas gdy do tej pory prowadziłaś jedynie korespondencję mailową. Pierwsze nadmiarowe pięćset metrów, gdy postanowiłaś pobiec siedem kilometrów zamiast zwyczajowych pięciu i wszystko ci mówi, żeby zawracać. Pierwsza prezentacja biznesowa przed większym gremium, konieczność publicznego zabrania głosu, którego nie znosisz. Ale też „zwykłe zwyczajności”, które odsuwamy, ile się da. Poznasz je po tym, że decydujesz się zrobić gruntowne porządki w piwnicy, zanim przystąpisz do zaplanowanych stu przysiadów.
No więc sztuka polega na tym, aby „tam” zostać.
Odczuwany dyskomfort jest częścią czegoś o wiele większego. Za magiczną granicą strefy komfortu zaczyna się bowiem proces uczenia, tworzenia, rozwoju, wzrastania w siłę. Jeżeli czujesz to, co opisałam, to niechybnie znaczy, że właśnie przekraczasz swoje możliwości, sięgasz po nowe, budujesz formę fizyczną. Świadomość tej chwili pozwala nie uciec, wytrzymać, żeby potem cieszyć się, że jednak to zrobiłaś. Gdzieś przeczytałam, że w strefie komfortu nic nie rośnie. Aby zacząć wzrastać, musisz wyjść poza nią.
Nikt jednak nie jest w stanie przebywać w stanie chronicznego stresu. Długotrwały podwyższony poziom kortyzolu, aktywującego adrenalinę i noradrenalinę – hormonów, które pozwalają ciału pozostać w stanie wysokiej gotowości, wykończy nas fizycznie i psychicznie. To tak jak teoria interwałów w sporcie – nie można operować w najwyższej strefie tętna przez cały trening. Musisz łapać oddech, żeby mieć siłę na kolejny atak. Dlatego tak ważne są powroty do poziomu bezpieczeństwa, w którym serotonina zwana hormonem szczęścia, zasila naszą sieć neuronową. A Ty rozentuzjazmowana swoim dokonaniem, ośmielona pozytywnymi reakcjami otoczenia, wypływasz na oceany spokoju. Przestajesz się bać. Coraz śmielej przekraczasz swoje granice.
Jestem daleka od leczenia lęku wysokości skokami ze spadochronem. Nie namawiam Cię do rzucenia się na wysoką falę. Wszak o ile są tacy, co wypływają i już nigdy nie toną, statystyka pokazuje też odsetek topielców. Zamiast tego, zrób coś innego.
Podejdź do krawędzi.
Do krawędzi znanej tylko Tobie. Do granicy, której dotąd nie przekraczałaś. Postój tam trochę. Rozejrzyj się. Następnym razem, spróbuj zrobić jeden krok.
Zawsze chciałaś uczyć się grać na gitarze? Idź do sklepu muzycznego, weź instrument do rąk. Może jednak umówisz się na niezobowiązującą lekcję próbną? Jeżeli publiczne wypowiedzi paraliżują Cię tak, że nie jesteś w stanie wymówić słowa, a żołądek masz wykręcony na drugą stronę, nie zapisuj się na konkurs oratorski. Ale może zaproponujesz kilku osobom z pracy, że zrelacjonujesz im ciekawe szkolenie, na którym ostatnio byłaś?
Ta historia jest o tym, że nawet najtrudniejszy cel podzielony na małe etapy, jest wykonalny. Wszak jak to mówią, żeby zjeść słonia, trzeba jeść kęs po kęsie. Oczywiście, nie da się przeskoczyć przepaści kilkoma małymi skokami, ale o tym kiedy indziej. W tym odcinku chciałam Ci opowiedzieć, jak wiele lat temu stanęłam na mojej krawędzi. Dzisiaj mam swoją kancelarię.